Modlitwa

DSC_0775 - KopiaModlitwa w życiu ważna jest. W cokolwiek byśmy wierzyli. Warto mieć nad sobą to COŚ, do którego z wiarą odnosić się będziemy i prośby swe zanosić. W dzisiejszym świecie tak różnym, dziwnym, próżnym i niepewnym to COŚ zdaje się być czasem jedynym szczerym i zaufanym odbiorcą naszych myśli, pragnień, zwierzeń. I chodź każdy inną swoją wiarę ma, to z tolerancją podchodzę do tego, bo sama nie raz wiarę w to COŚ stawiam na ostrzu noża. Moim powiernikiem własnej spowiedzi jest Bóg. Dalsza historia Pisma Świętego jest dla mnie dyskusyjna, niemniej niż polityka, tolerancja homoseksualizmu czy wychowywanie dzieci. Jednak niestety instytucja kościoła jest dla mnie czymś, co często odcina nici więzi między mną a moim Bogiem. Pozostaję wtedy wierna prywatnym spowiedziom i chowam się w kąt zakrywając swoim ciałem pozostałość zakorzenionej wiary.

Przyszedł czas, by córkę moją nauczyć, że nasze istnienie nie bierze się znikąd. Skoro ja wierzę i Ona ochrzczona została to należy dalej pomóc iść tą drogą. I powoli wdrążam ją w słowa Bóg, Bozia, Boziulka (by łatwiej i przyjemniej w głowę wchodziło), Aniołki, Niebo, do Nieba… I prób kilka już było, by nauczyć podstawowej modlitwy “Aniele Boży”, ale ta się broni rękami i nogami, by ani słowa nie wymówić w tej kwestii i ręce sztywne jak kołki, gdy znak krzyża chcę uczyć. Gdy obok Kościoła przejeżdżamy, lub gdy wesele nasze po raz setny ogląda i w kadrze wieża kościoła, to Ona uparcie twierdzi, że to zamek. I przyznam szczerze, że ostatni raz w kościele byliśmy, gdy święconkę rok temu nieśliśmy. Tylko dwadzieścia minut obrządku parafialnego, a Ona i tak już do domu chciała wracać. Stwierdziliśmy więc, że za wcześnie i nie będziemy się na siłę uszczęśliwiać, by potem nerwowo uciszać niewinne dziecię, gdy ksiądz kazanie będzie prawił. Za miesiąc przyjdzie ten kolejny czas próby wytrzymałości na Mszy Świętej. Gdy ja obowiązek chrzestnej będę spełniać, córka moja jako już bardziej rozumujący człowiek, będzie zapoznawała się z rolą tego tajemniczego zamku.

Jednak nie będę jej uczyć, że koniecznie na mszę musi iść, bo to jak pisałam kwestia sporna w mojej duszy, ale nauczę ją wiary i modlitwy. Modlitwy niekoniecznie wyuczonej z wierszyka, bo może ona w ładne słowa ujęta jest i człowiek krócej swoich podstawowych potrzeb do Boga wyrazić by nie umiał, a chcę, by mogła modlitwę czuć. Chcę by jej modlitwa szła z serca, z potrzeby, z nadziei.

Ja o modlitwie nie rzadko zapominam. Najczęściej prośby swe kieruję wtedy, kiedy czegoś potrzebuję. Phi, samolubne i puste prawda? Ale nie zawsze. Są dni, kiedy doceniam to co mam i dziękuję z całego serca Bogu za ofiarność. Tak jak ostatnio, kiedy po szale wiosennych zakupów poszliśmy na lody i nieco rozżalona, że jeszcze tyle by się chciało, a portfel już pusty zobaczyłam czterech mężczyzn zajadających się frytkami i hamburgerami. Po wstępnych badaniach rozeznałam się, że to ojciec i trzech synów w wieku nastu do dwudziestu kilku lat. Jeden z nich najprawdopodobniej z zespołem porażenia mózgowego. I nagle serce zakuło, oczy same latać zaczęły nie wiedząc gdzie się podziać, bo to przecież gapić się nie wypada, głupio i niezręcznie. Chodź oni pewnie już przyzwyczajeni, że nietypowy wygląd i zachowanie chłopaka przyciąga wzrok ciekawskich. A ja po prostu lubię się przyglądać ludziom. I mimo, że chciałam oczy moje skierować w inne strony, to i tak wędrowały ku niemu. A on taki szczęśliwy, beztroski, nieświadom swojej inności. I zajadał te frytki z przejęciem takim, radością i fascynacją, aż mi się do siebie samej gęba uśmiechała. I w tym samym kadrze moje dziecko – zdrowe, na swój wiek rozwinięte nawet bardziej niż powinno, równie szczęśliwe z tych frytek i loda jak on, chłopiec chory. I my rodzice. Tata chłopca, mój mąż i ja. Czy tak samo szczęśliwi? Przyglądając się ojcu chłopca mogę stwierdzić, że tak. Tak samo.

Na drugi dzień na plac zabaw wbiegł chłopiec. Lat około ośmiu. Bez włosów. Gdzie nie gdzie tylko kępka ostatnich wystawała. Radosny, czerpiący z życia ile wlezie. Zachowujący się normalnie, podczas, gdy nowi obserwatorzy (jak ja) zaczynają nieświadomie rozprawiać nad jego zdrowiem i życiem, nie raz zachowując się nienormalnie.

Przyglądając się obu chłopcom na przemian córce mojej, w głowie dudniła modlitwa. Podziękowanie. Że ta moja biała, pierzasta, krzykliwa Agacina zdrowa jest. Bo czymże są te jej choroby grypowe, zapalenia tchawicy, oskrzeli, katar czy temperatura podwyższona do 38st. zawsze szumnie nazywana gorączką? Czymże zdarte kolano, czy draśnięcie na policzku? Ważne, że po szpitalach jeździć nie musimy, chemii przyjmować, karmić przez słomkę kilkadziesiąt lat, podmywać, miejsca  dla inwalidów na parkingu zajmować, drżeć z każdym dniem, każdą godziną, zastanawiając się, kiedy przyjdzie pora położyć na zawsze?

I gdy przypominam sobie o tym, wtedy rozlane mleko z kubka nie złości jak zawsze, pomalowane ręce mazakami nie denerwują. Wścieklizna nie łapie, gdy kolejny raz przy stole marudzi i jeść nie chce. A każdy uśmiech, słowo, taniec, gest uszczęśliwia ponad wszystko. I każda minuta doceniona i uścisk ręki szybki, by dłoń z dłoni nie wyśliznęła się.

W obu sytuacjach odruchowo przytuliłam Agatę, całując w główkę, jakby tym pocałunkiem kokon ochronny tworząc.

Panie Boże pozwól w zdrowiu do późnej starości dożyć. Dzieciom moim prostą ścieżkę wyłóż, bez zbędnych dziur i zakrętów. Otocz dobrymi ludźmi, by nikt krzywdy nie zrobił. By szczęśliwe były, z nami na starość udręki nie miały, a mogły się własnymi rodzinami godnie zająć. By chleba nie zabrakło i marzenia się spełniły. Byśmy zawsze z podróży szczęśliwie wracali. Byśmy razem z mężem godnie się starzeli i jak najdłużej przy sobie zasypiać mogli. Byśmy to my pierwsi odeszli, a nie dzieci nasze. Pozwól Boże, byśmy mogli modlić się o zdrowie dzieci kilku, chodź i za to jedno szczerze Ci dziękujemy.

DSC_0778 DSC_0736 DSC_0748 DSC_0742 DSC_0704 DSC_0649 DSC_0653 DSC_0659